Witajcie kochani!
Jak już zapewne wiecie w dniu wczorajszym tj. 23.03.2014 biegłam w swoim pierwszym w życiu (i zapewne nie ostatnim) półmaratonie, a konkretnie w XI Krakowskim Półmaratonie Marzanny. Ten post miał się ukazać już wczoraj, ale kompletnie nie miałam kiedy więc chwalę się Wam dziś, że…
UKOŃCZYŁAM PÓŁMARATON!!!
Na szczęście dzięki moim znajomym, strach ustał tuż przed startem!!!
Wystartowaliśmy punkt 11:00 tak jak było zaplanowane. My czyli ja i dwóch kolegów ustawiliśmy się za fioletowym pacemakerem z czasem 2:09:00 mimo, iż byłam pewna, że nie mam szans na dobiegnięcie do mety w takim krótkim (jak dla mnie) czasie. Z kolei wiedziałam też, że chłopaki na pewno pobiegną szybciej.
Pierwsze 5 km było dla mnie koszmarem… muszę przyznać, że przez głowę przewijały mi się myśli o tym, że będę musiała zejść z trasy, i że nie dobiegnę. Starałam się biec równym tempem, nie myśleć za wiele i nie zatrzymywać się w żadnej sytuacji. Gdy już w ciągu pierwszych 30 minut minęła mnie karetka zaczęłam uświadamiać sobie, że to nie przelewki… to półmaraton!!! Sporego kopa dała mi obecność znajomej, która specjalnie po to by zrobić zdjęcia i pokibicować przyszła w okolice trasy – DZIĘKUJĘ PAULINA! Biegaczy wspierały także inne grupy wsparcia, które dopingowały nas w wielu miejscach na trasie. Gdy wybiegłam na bulwary, po około 7 km wiedziałam, że nie mam już odwrotu, i że wiele par oczu skierowana jest właśnie na mnie. Więc co? Nie poddałam się ani przez chwilę. Niesamowitego kopa dawało mi także mijanie wielu zmęczonych już biegaczy na kilku podbiegach. To były efekty tego, że podczas moich 3 miesięcznych przygotowań sporo biegałam po wzniesieniach, bo mieszkam na górce. Krótko mówiąc – przywykłam do treningów z górką w tle 😉 Pod Wawelem wiedziałam, że dam radę chociaż biegłam już wolniejszym tempem i cały czas walczyłam z bólem kolana. Na szczęście kontuzja pozwoliła mi dobiec do celu.
Wczoraj nie czułam się zmęczona jednak dziś poruszam się po mieszkaniu dosłownie niczym paralityk! Najgorszym wyzwaniem okazało się oczywiście korzystanie z toalety i próby kucania. Nie poszłam dziś na lekcje włoskiego, bo najzwyczajniej w świecie nie dałabym rady! Bolą mnie uda, boli mnie tyłek, a do tego także barki i mięśnie brzucha.
Mimo wszystko czuję się niesamowicie, bo udowodniłam sobie i wszystkim, że nie ważne ile masz lat, jak wyglądasz… liczy się siła walki i mocna psychika!!! Od razu po zakończeniu biegu nasunął mi się taki wniosek… Naprawdę nie istotne czy ktoś jest gruby czy chudy, młody czy starty… w obliczu takiego wyzwania jakim jest półmaraton każdy jest równy!
Nie wszystkim udało się ukończyć bieg… Niektórzy zeszli z trasy, inni krótko mówiąc „padli” i wylądowali w szpitalu. Wiele osób także tuż po ukończeniu półmaratonu zgłosiło się prosto do punktu medycznego. Mnie na szczęście to ominęło, a wieczorem miałam jeszcze energię na spotkanie z przyjaciółkami, które także wspierały mnie na trasie – DZIĘKUJĘ ALDONA I OLA. Wyobraźcie sobie, że jedna z nich na mecie czekała nawet z pysznymi ciachami 😉
Niewiarygodne jest to, że przez ostatnie 3 miesiące przygotowywałam się do tej imprezy biegowej i naprawdę mi się udało!!! W dalszym ciągu to do mnie nie dociera…
Już za trzy tygodnie startuję w kolejnej imprezie biegowej, a mianowicie w PERŁACH MAŁOPOLSKI czyli biegu po Ojcowskim Parku Narodowym. Ten bieg jest zdecydowanie krótszy, bo na 10 km. W późniejszym terminie, bo już pod koniec kwietnia planuję także start w Biegu po Puszczy Niepołomickiej także na 10 km. Póki co nie przewiduję startów na dłuższych dystansach, ale ze mną nigdy nic nie wiadomo… Sezon dopiero się zaczął 😉